Najnowsze Wpisy

wszyscypalllo Komentarze (0)
18. kwietnia 2009 10:58:00
linkologia.pl spis.pl

Reszta lekcji minęła bez większych sensacji. Nauczyciel historii okazał się być młodym sympatycznym człowiekiem, w wieku około dwudziestu pięciu lat. Prowadzone przez niego lekcje bardzo ciekawe i wciągające. Jego opowiadań cała klasa słuchała z wielkim zainteresowaniem. Miał podejście do dzieci i umiał się z nimi dogadać. Był jedynym nauczycielem, który kazał mówić sobie po imieniu.

Na plastyce każdy praktycznie robił co chciał. Nauczycielka zadawała tylko temat pracy i znikała na całą lekcję. Była szczupłą, młodą kobietą o ostrych rysach twarzy. Uczniowie nie mieli na co narzekać. Mieli wolną rękę, a przy tym się świetnie bawili.

Lekcje wychowania fizycznego, chłopcy i dziewczęta mieli osobno. Nauczycielem dziewcząt okazała się być pulchna, wesoła kobieta. Była bardzo wymagająca względem swoim uczennic i wymagała bezwzględnego posłuszeństwa. Obijanie się na jej lekcjach było dla niektórych równoznaczne ze śmiercią. Dwadzieścia kółek wokół zamku na czas to nie przelewki.

Wendy wybiegła ze szkoły. Pożegnała się ze znajomymi i ruszyła do domu. W prawdzie nalegali by poczekała na nich, chwieli zapoznać ją ze swoimi przyjaciółmi, jednak odmówiła, wykręcając się brakiem czasu. Blondynka musiała przyznać, że była po dzisiejszym dniu mile zaskoczona, nie wliczając oczywiście w to fizyki i małych zatargów między nią i bandą Toma. Nie spodziewała się, że już pierwszego dnia zawrze jakieś znajomości. Diana i Margareth okazały się być w porządku. Podobnie jak Alex i David. Chociaż dziewczyny wydawały się dla niej nieco dziwne. Jednak liczył się fakt, że potrafiła się odnaleźć w grupie. Sądziła, że będzie stanowiło dla niej problem, jednak jak się przekonała w ich towarzystwie czuła się swobodnie. Jakby znali się od lat.

Margareth miała fioła na punkcie chłopaków. Co rusz wzdychała do któregoś i chwaliła jego urodę. Mówiła jak najęta, uciszenie jej podczas przerwy graniczyło z cudem. Jednak te jej spojrzenia na Alexa, Davida lub Diane ją dobijały. Czasami wydawało jej się, że porozumiewają się bez słów. I knują coś przeciw niej.

Diana była cicha i spokojna. Przeważnie nie odzywała się bez powodu. Nie była jednak drętwa. Miała swoje poczucie humoru. Często jednak pojawiała się nie wiadomo skąd. Było to co najmniej dziwne.

W Davidzie widziała wiernego przyjaciela. Jego poczucie humoru ją rozbrajało, chociaż czasami może było nie na miejscu. Mimo wszystko polubiła go takim jakim jest.

W towarzystwie Alexa czuła się dziwnie. Krępował ją. Nie wiedziała co o tym myśleć. Denerwowało ją to, że ciągle ją obserwuje. Kiedy nie spojrzy w jego stronę on patrzał na nią. Ale ze względu na jego piękne oczy i uwodzicielski uśmiech była w stanie przymrużyć na to oko.

Jednak za największy dzisiejszy sukces dziewczyna uznała to, że Kamil nie dopiął swego, przynajmniej tymczasowo. Zwiał ze swoimi kumplami jak ostatni tchórz. Do tego jeszcze przyłożyła Tomowi i zdobyła uznanie w śród rówieśników, gdyż wiadomość ta szybko rozniosła się po szkole. Dla niektórych stała się autorytetem. Inni uważali ją za samobójczynie. Gdyż zadzierając z Tomem dobrowolnie podpisała na siebie wyrok śmierci i była to tylko kwestia czasu.

Do zamku McGardnessów Wendy doszła bez żadnych sensacji. Pogada dopisała. Bandy Kamila też nie spotkała. Z czego była zadowolona. W głębi serca miała nadzieję, że odpuszczą sobie i zostawią ją. Po dzisiejszej prezentacji sił, powinni dać sobie spokój. Jednak nadzieja matką głupich. Nie wiedziała, że motywowani dwiema porażkami, tym bardziej będą ją prześladować w poszukiwaniu zemsty za doznane upokorzenia. Przekroczyła drzwi wejściowe, o ile można było tak nazwać fantazyjnie zdobione wrota. Cisza, spokój, żadnego śladu życia – rzucało się w oczy. Westchnęła i ruszyła w kierunku swojego pokoju. Zamczysko same w sobie jej się podobało. Owiane nutką tajemnicy sprawiało, że ciarki przechodziły po karku. Wystrój także był wspaniały. Stare wazy, zbroje, gobeliny tworzyły wspaniałą atmosferę. Jedyną wadą tego miejsca było dla piętnastolatki to, że zamczysko jest opustoszałe. Czasami czuła się jak w złotej klatce. Zamknięta z dala od ludzi. Otworzyła drzwi i weszła rozglądając się uważnie. Rozluźniła się. Postawiła plecak koło biurka. Spojrzała na zegarek. Za dziesięć druga. Pora na obiad.

Kiedy zegar wybił drugą weszła do jadalni. Byli już wszyscy. Nawet Kamil, a liczyła, że się spóźni i będzie znowu polewka. No niestety nie tym razem. Usiadł na swoje miejsce i rzuciła przelotne spojrzenie bratu. Wyglądał na zdenerwowanego. Świdrował ją wzrokiem. Zaśmiała się w duchu. Najpierw ją zaczepia, widząc jej spojrzenie wieje, a potem się wścieka i tak w kółko.

- Jak pierwszy dzień w szkole? – do rzeczywistości przywołał ją łagodny głos dziadka.

- Mogło być gorzej. Trafiłam do klasy 1A, poznałam kilka osób, dostałam jedynkę za nazwisko – powiedziała obojętnie, nakładając sobie kurczaka.

- 1A – mruknęła do siebie Marietta, jakby coś sobie przypominając. Spojrzała ze zdziwieniem na dziewczynę, ale nic nie powiedziała.

- Jedynkę, za nazwisko? – zdziwił się Alucard i zmarszczył śmiesznie brwi.

- Tak, jak to ujął Drezer „Uczyłem twego ojca i bliźniaków. Należy ci się. Na dobry początek’’ – powiedziała parodiując wypowiedz nauczyciela. Jednak nikt się nie śmiał. Henry, Marietta i Alucard spoważnieli – A właśnie o co chodzi z tymi bliźniakami? – Nikt nie odpowiedział.

- Jedź, Wendy bo ci wystygnie – dziadek zmienił temat.

Zastanawiała się nad ich zachowaniem. Wiedziała, że nie chcieli o tym mówić. Coś ukrywali. Tylko po co? Czy to aż takie ważne? Nie drążyła dalej tematu. Spuściła wzrok i zajęła się swoim obiadem.

Po skończonym posiłku wróciła do swojego pokoju. Po drodze zaczepiał ją Kamil, jednak olała go i nie zwracając uwagi na jego pogróżki poszła dalej.

Usiadła na parapet i wpatrywała się w krajobraz za oknem. Pogoda znów się zmieniała. Zaczął prószyć drobny śnieg. W końcu była jeszcze zima. Szare chmury przesuwały się leniwie po nieboskłonie. Spojrzała na las. Unosiła się nad nim gęsta mgła. Nieco dziwne zjawisko, szczególnie o tej porze roku, jednak w Darkvill wiele rzeczy odbiega od normy.

Wendy westchnęła. Była zła, że rodzina nie była z nią szczera. Ukrywali coś. Widocznie, mieli ważne powody. Ostatni raz spojrzała w okno i zeszła z parapetu. Wypakowała książki z plecaka i zaczęła odrabiać lekcje. Z angielskiego, historii i plastyki nie było co odrabiać. Ale fizyka stanowiła już większy problem. Drezer dowalił im tyle pracy domowej, że całe popołudnie i wieczór z pewnością będzie miała zawalony. Z opowiadań Diany, wywnioskowała, że fizyk zawsze zadawał dużo pracy domowej, ale dziś przeszedł sam siebie. Blondynka miała dziwne wrażenie, że miało to z nią coś wspólnego. I w zasadzie nie myliła się. Nauczyciel tylko szukał okazji by wstawić jej kolejną jedynkę.

Otworzyła książkę, w poszukiwaniu potrzebnych jej informacji, jednak tu spotkał ją niemiły zawód. W książce od fizyki, nie było nawet najmniejszej wzmianki o tym co zadał im belfer.

Wyrocznia (14:50)

7 których uwierzyło, że magia istnieje


21 czerwca 2006
13. Kłopoty

Wendy wyszła z klasy ostatnia. Wścibska nauczycielka chciała ją o wszystko wypytać, co doprowadzało ją do szału. W końcu po pięciu minutach, które wydawały się być wiecznością, wychowawczyni widząc, że nic nie wyciągnie z młodej panny McGardness pozwoliła jej odejść. I tu pojawił się problem. Nie wiedziała jaką ma następną lekcje, a nawet gdyby znała to i tak sama nie znalazłaby klasy. Rozejrzała się niepewnie po korytarzu. Nikogo znajomego nie zauważyła. Nie widząc większego sensu stania w miejscu i z nikąd oczekiwania pomocy, odwróciła się i zaczęła iść przed siebie szukając znajomych twarzy.

Zeszła po schodach na pierwsze piętro i odetchnęła z ulgą. Niedaleko zauważyła wysoką rudowłosą dziewczynę z białymi pasemkami. Uśmiechnęła się na samą myśl jej zachowania. Na pierwszy rzut oka można było zobaczyć, że jest zakręcona. Ruszyła w jej stronę. Chciała zapytać gdzie mają lekcję, bo z pewnością ludzie z którymi rozmawiała nie byli z jej klasy. Nagle ktoś na nią wpadł, powalając ją na ziemie.

- Diana? – zapytała widząc niską brunetkę o delikatnych rysach twarzy.

- Przepraszam – powiedziała szybko się podnosząc, rozglądając przy tym we wszystkie strony.

- Coś się stało? – zapytała zdziwiona reakcją dziewczyny.

- N...nie.

- Na pewno wszystko w porządku?

- Na pewno – powiedziała nadal się rozglądając – Aha, mamy teraz fizykę. Sala nr 40. O nie.

- Chłopaki mamy dziś szczęście – odwróciła się. Za nią stał Kamil, Tom i Rob.

- Wątpię – powiedziała obojętnie Wendy patrząc na chłopaków jak na skończonych idiotów.

- Szukaliśmy Skarlet, napatoczyłaś się ty. Ciekawe co jeszcze dziś nas spotka.

- Podbite oko i złamany nos jeśli się od nas nie odczepicie.

- Ty stul pysk, a ty – złapał za ramię przestraszoną Dianę – Jeszcze raz zobaczę cię, jak chociażby patrzysz na nią – tu wskazał na blondynkę – to tak cię zleję, że rodzona matka cię nie pozna.

- Odwal się – powiedziała siląc się na groźny ton.

- Chciałabyś – zaśmiał się wrednie i odepchnął ją na ścianę, tak mocno, że się przewróciła – Tom wiesz co robić – mrugnął do blondyna z niebieskimi pasemkami.

Chłopak chwycił Wendy za ramię i pociągnął w głąb korytarza.

- Puszczaj mnie! Bo się zdenerwuje!– krzyczała i zaczęła się wyrywać.

- Rob łap ją – skinął na dziewczynę, która już niemal uwolniła się z jego uścisku.

- I co podskoczysz nam teraz? – zaśmiał się Kamil idąc za nimi. Diana przez chwilę, leżała na zimnej posadzce w końcu się otrząsnęła. Kiedy już wstawała podbiegła do niej rudowłosa. Wyglądała na zmartwioną.

- Wszystko w porządku? Widziałam wszystko. Przepraszam nie mogłam nic zrobić. A wiesz jak chłopcy, nie chcą z nimi zadzierać – mówiła chaotycznie.

- Zamknij się. Lepiej przekaż Davidowi i Alexowi by tu przyszli – krzyknęła zdenerwowana paplaniną przyjaciółki.

Panna Daniels skupiła się i przymknęła powieki.

- Załatwione - po chwili otworzyła oczy i z zadowoleniem spojrzała na biegnących chłopaków.

- Co się stało – zapytał Morlen patrząc wyczekująco na brunetkę. Po chwili dołączył do niego David.

- Gang Toma się do mnie przyczepił, ale nie ważne. Pociągnęli gdzieś Wendy – powiedziała szybko.

- W którą stronę poszli ?

- Tam – wskazała na korytarz za jej plecami.

- Piwnice – mruknęli jednocześnie i pobiegli w tym kierunku.

Wendy robiła co mogła – szamotała się, wyrywała, kopała, krzyczała – jednak oswobodzić się z uścisków wrogów nie dała rady. Mieli zbyt dużą przewagę. Nie dosyć, że byli wyżsi od niej o prawie dwie głowy to jeszcze byli silniejsi. Z każdym krokiem wydawało jej się, że korytarz robi się coraz ciemniejszy i istotnie tak było. Choć nie zdawała sobie z tego sprawy korytarz obniżał się. Wejścia do piwnic były coraz bliżej.

- Jak tylko mnie puścicie to tak wam dokopie, że będziecie żałować że się urodziliście – krzyknęła zapierając się nogami.

- A co ty mi możesz zrobić – zaśmiał się Rob, mocniej zaciskając palce na jej przedramieniu.

- Powtórkę z wczoraj – uśmiechnęła się demonicznie widząc wściekłość jej wczorajszej ofiary – Co Tomuś, nosek już nie boli?

Chłopak nie wytrzymał. Popchnął dziewczynę z całej siły na ścianę. Krzyknęła. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. W ostatniej chwili zasłoniła się prawą ręką. Uderzenie było na tyle silne, że na chwilę ją zamroczyło. Poczuła, jak coś ją brutalnie podnosi i przypiera do muru.

- Co z nią robimy?

- Zostawiamy ją tu? Zamykamy w piwnicach? Lejemy i uciekamy?

Czuła jak wzbiera w niej wściekłość. Stanowczo za dużo sobie pozwalali. Otworzyła oczy. Tak jak się spodziewała. Byli przerażeni. Trzymający ją Rob puścił ją i zaczął się cofać. Kamil zrobił przerażoną minę, a Toma wmurowało.

- Ze mną się nie zadziera – warknęła. Bystry obserwator zauważyłby ledwo dostrzegalną otaczającą ją błękitną wpadającą w fiolet poświatę. Podeszła do oszołomionego Toma, wzięła zamach i uderzyła go z całej siły w twarz.

- Jeszcze raz spróbujcie skrzywdzić mnie lub moich znajomych, a nie ręczę za siebie – krzyknęła do uciekających chłopaków.

Przymknęła powieki, by się uspokoić. Nie chciała być sensacją w szkole. Wystarczy jej nazwisko. Dopiero tera poczuła, że boli ją ręka. Uderzenie w ścianę nie należało do najlżejszych. Ale przecież lepiej poświęcić rękę niż głowę. Delikatnie podtoczyła rękaw bluzy i spojrzała na rękę. Nic szczególnego nie dostrzegła. Nie była ani spuchnięta, ani sina.

Za sobą usłyszała czyjeś kroki. Odwróciła się, spodziewając się powrotu tchórzów. Ku jej zdziwieniu w jej stronę biegło dwóch chłopców. Wysoki brunet i niewiele niższy niebieskooki blondyn. Poznała ich, byli z jej klasy. Na widok Alexa poczułą się jakoś dziwnie. Nie wiedziała czemu, ale czuła się przy nim skrępowana. Może temu, że był taki przystojny. A może to po prostu jego spojrzenie tak na nią działało. Nie wiedziała. Jednak fakt był faktem. Coś w tym chłopaku było.

- Nic ci nie zrobili – pod wpływem spojrzenia Morlena przeszedł ją dreszcz. Czyżby wyczuła nutkę troski w jego głosie?

- Chyba nie – odpowiedziała cicho, chowając bolącą rękę za siebie.

- Dziewczyno to było genialne. Po raz drugi przyłożyłaś Tomowi. A ta jego mina. Jakby ducha zobaczył - zaczął chwalić ją David.

Wendy podniosła wzrok i spojrzała na niego uważnie. Miała nadzieję, że nie widzieli jej spojrzenia, jej oczu. Bali by się jej, jak wszyscy. Swoją drogą ciekawe skąd on wie?

- Skąd wiesz, że drugi raz?

- Widzieliśmy to wczoraj przez okno, jak go załatwiłaś. Kto cię nauczył tak bić. Ty chyba trenowałaś boks, a nie skok wzwyż – dziewczyna zaśmiała się.

- Jesteś pierwszą osobą, która przywaliła Tomowi – powiedział Alex z uznaniem.

- I zapewne długo nie pożyje.

- Spokojnie laska będziemy cię bronić.

- To nie będzie konieczne – uśmiechnęła się.

- No z takim prawym sierpowym pewnie i nie, ale pamiętaj zawsze służymy pomocą – chłopcy skłonili się nisko, co dziewczyna skwitowała śmiechem.

- Dzięki. Zapamiętam to sobie. Wracajmy już, zaraz zacznie się lekcja.

David spojrzał na zegarek i zrobił niewyraźną minę.

- Fuck! Fiza się zaczęła – krzyknął i zaczął biec w stronę klasy.

- Chodź – Alex pociągnął ją za rękę i zaczął biec za przyjacielem. Ta jednak jęknęła cicho i wyrwała rękę z jego uścisku.

Zatrzymał się, ona także. Pogroził jej palcem.

- Nadal twierdzisz, że nic ci nie jest. Pokaż rękę.

- Nie ma takiej potrzeby. Chodź już lepiej i tak jesteśmy już spóźnieni.

- Zawsze nauka była dla ciebie ważniejsza od zdrowia?

Przewróciła oczami. Odwróciła głowę w bok i wystawiła przed siebie prawą rękę. Wzdrygnęła się gdy dotknął jej dłoni. Miał taki ciepły dotyk. Ona niemal zawsze miała zimne dłonie.

Delikatnie, by sprawić jej jak najmniej bólu podwinął rękaw.

- Złamana nie jest – mruknął jakby do siebie – Co najwyżej stłuczona. Jakieś okłady powinny pomóc – odwinął jej rękaw – Choć bo Drezer będzie wściekły.

Dziewczyna przez chwilę nie kontaktowała. Może to pod wpływem jego dotyku, może spojrzenia. To nie istotne. Była pod wrażeniem. Spojrzała na niego zaskoczona.

- Coś się stało? – zapytał zdziwiony jej zachowaniem. Musiał przyznać, że intrygowała go. Coś go do niej ciągnęło. Nie tyle uroda, co jej sposób bycia i waleczność. Była inna od wszystkich dziewczyn. Nie poddawała się. Była silna zarówno fizycznie jak i psychicznie. Walczyła do końca.

- Eee...nie, chodźmy już. I tak się nam oberwie – pobiegli w kierunku klasy. Zdyszani stanęli przed drzwiami do pracowni fizycznej, nie widząc innego wyjścia, zapukali i weszli do środka.

- Przepraszam za spóźnienie – na pierwszy ogień poszedł Alex.

- Pan Morlen, raczył zaszczycić nas swoją obecnością – powiedział oschle nauczyciel. Na pierwszy rzut oka wyglądał na strasznego zgreda. I tak było. Był mężczyzną po sześćdziesiątce. Miał swoich pupili i ich faworyzował. Często wyżywał się na mniej zdolnych uczniach, w zależności od humoru – Masz nieobecność. Wszelkie zażalenia składaj wychowawcy. Na jutro przyniesiesz mi referat o ruchach ciał niebieskich, a teraz siadaj, chociaż nie, chodź do odpowiedzi – dopiero po chwili zauważył Wendy stojącą za chłopakiem – A ty czego tu. Wynocha z klasy – krzyknął.

Cała klasa śledziła rozwój sytuacji.

- Tak się składa, że uczę się w tej klasie – powiedziała patrząc na niego z pod byka.

- Nie ma cię na liście – uśmiechnął się obleśnie, pokazując szereg żółtych zębów.

- Jestem na końcu – uśmiechnęła się sztucznie.

Morlen musiał przyznać, że jak na nową szybko nabrała pewności siebie. Albo pyskowanie miała we krwi.

- Wendy McGardness – szepnął nauczyciel lustrując blondynkę – Z tych McGardnessów?

- Tak z tych – przytaknęła.

- Siadaj, jedynka – powiedział z satysfakcją wskazując jej wolną ławkę.

- Za co? – oburzyła się.

- Za życie i miłość do ojczyzny! Siadaj i nie dyskutuj, bo dostaniesz uwagę!

- Nie ma pan prawa – krzyknął ktoś jakiś dziewczęcy głos z klasy.

- Chcesz coś powiedzieć Daniels, to zapraszam do odpowiedzi.

- Chcę wiedzieć, za co dostałam jedynkę! – powiedziała ostro Wendy.

- Uczyłem twego ojca i bliźniaków. Należy ci się. Na dobry początek. A teraz siadaj, bo wyślę cię do dyrektora – Wendy wściekła do granic możliwości przymknęła powieki by się uspokoić. Nie chciała wywoływać paniki. Chociaż uważała, że dziadowi powinna dać nauczkę.

- Głucha jesteś, nie śpij tylko siadaj – warknął – A ty Marlen do odpowiedzi.

Nie odpowiedziała. Posłusznie usiadła w wolnej ławce. Tylko duma powstrzymywała ją od zrobienia czegoś głupiego. Zacisnęła pięści i starała się opanować drżenie rąk. Wiedziała, że fizyka będzie jej znienawidzonym przedmiotem. Może nie tyle przedmiot co nauczyciel go wykładający.

Ktoś z tyłu ją szturchnął. Obróciła się. Jakaś dziewczyna podała jej plecak. Była dołączona też do niego kartka. Postawiła plecak na ziemi i rozłożyła zagiętą kartkę.

 „Zostawiłaś go, pomyślałam że byłoby dobrze ci go oddać. Diana”

Wyszukała wzrokiem dziewczynę i uśmiechnęła się do niej lekko.

Alex z odpowiedzi dostał czwórkę. Odpowiadał perfekcyjnie na pytania belfra, tak że nie miał się czego przyczepić, jednak nie byłby sobą gdyby nie obniżył mu oceny, jak to określił „za zuchwalstwo”. Reszta lekcji minęła szybko.

Panna McGardness pierwsza opuściła klasę. Miała dosyć zgryźliwych docinek Drezera, na każdym kroku. Stanęła przed pracownią i dla odreagowania uderzyła rękoma w ścianę. Skrzywiła się lekko, czując ból prawej ręki jednak poczuła się lepiej.

- Spokojnie. Drezer to stary piernik i potrafi wyprowadzić z równowagi, ale żeby zaraz wyżywać się na ścianie. Szkoda rąk. Szczególnie twoich – Alex złapał Wendy za ręce, widząc, że chce uderzyć jeszcze raz.

- Puść to boli – syknęła, wyrywając swe dłonie z uścisku bruneta – Więcej tego nie rób – pogroziła mu palcem.

- Przepraszam – powiedział patrząc w jej oczy. Miała świetne szkła kontaktowe.

- Nie wiedziałam, że w tej szkole można dostać pałę za nazwisko – zmieniła temat.

- Bo nie można – powiedziała rudowłosa dziewczyna, która do nich podeszła.

- Ale ja dostałam – oburzyła się.

- Takie życie – skomentowała Diana, która pojawiła się nie wiadomo skąd – Nie martw się, pocieszę cię, że gorszego nauczyciela w tej szkole już nie spotkasz. On jest najgorszy. Często odstawia takie numery.

- Ciekawe czemu, akurat mnie się tak przyczepił?

- Może twój ojciec zalazł mu za skórę? – do rozmowy wtrącił się David.

- Wiesz, bardzo możliwe. Tylko czemu ja mam płacić za jego błędy – zmarszczyła brwi.

- Bo starość Drezerowi się na mózg rzuciła. A tak w ogóle to jestem Margareth, ale dla przyjaciół Mar.

- Pamiętam. Nie wiem czemu ale z całej klasy tylko wasze imiona zapamiętałam – powiedziała, zastanawiając się nad czymś.

- Jesteśmy wyjątkowi – skwitował blondyn robiąc przy tym zabawną minę.

- Masz super szkła kontaktowe, pewnie sporo na nie wybuliłaś – panna Daniels dostała kuksańca w bok od Diany.

-Eeee...Ja nie nosze szkieł kontaktowych – zaczęła się śmiać widząc ich miny.

Zrobili zaskoczone miny i patrzyli jeden na drugiego.

- Jak to? Taki kolor oczu?

- No tak? Coś w tym dziwnego?

- To nienormalne.

- A kto mówił, że jestem normalna? Co druga osoba mówi mi, że jestem wariatką. A braciszek przypomina mi o tym codziennie. Dobra koniec tematu, co mamy teraz?

- Historie, potem sztukę i w-f. - No to prowadźcie.

Wyrocznia (18:10)
6 których uwierzyło, że magia istnieje

13 czerwca 2006
12. Klasa 1A

NA RAZIE BĘDĘ DODAWAĆ JEDNĄ NOTKĘ W TYGODNIU, POTEM SIĘ ZOBACZY CO DALEJ

Była siódma dwadzieścia. Lekcje zaczynały się o ósmej. Budzik dzwonił już od dziesięciu minut, mimo to Wendy nadal spała. Do pokoju wnuczki wszedł dziadek. Spojrzał na nią i się uśmiechnął. Kiedy spała była taka spokojna. Nie miał sumienia jej budzić, a jednak musiał. Nie chciał by przez niego spóźniła się do szkoły. Podszedł do niej, zsunął kołdrę z jej głowy i zaczął delikatnie szturchać ją w ramię.

- Wendy, śpiochu wstawaj, bo się spóźnisz – powiedział. Jednak blondynka nadal spała w najlepsze. Potrząsał ją, szczypał, zabierał kołdrę – nic nie skutkowało. W końcu wymownie spojrzał w kierunku łazienki. Podszedł do kranu i nabrał w dłonie zimnej wody. Przez chwilę się wahał, jednak kiedy spojrzał na zegarek uczynił swoją powinność. Czego skutkiem był cichy pisk.

Blondynka natychmiast poderwała się z łóżka i zaczęła rozglądać po pokoju.

- Dziadek? – zdziwiła się widząc stojącego nad nią mężczyznę.

- Nigdy więcej nie pozwolę ci siedzieć w bibliotece do tak późnej pory. A teraz szybko się ubieraj. Masz – tu spojrzał na budzik – dziewiętnaście minut na dojście do szkoły.

- Co? Czemu mnie wcześniej nie obudziłeś i czemu ten budzik nie zadzwonił – krzyknęła biegnąc w stronę łazienki.

- Dzwonił, ja ciebie też budziłem, ale że masz kamienny sen tylko ostateczne metody skutkują – uśmiechnął się i wyszedł z pokoju.

Po chwili wybiegła z łazienki i stanęła przed szafą. Zastanawiała się w co ubrać. Po chwili namysłu zdecydowała się na czarne, szerokie spodnie gdzie niegdzie ozdobione brokatowym wzorkiem i szarą, szeroką bluzę z kapturem. Szybko się ubrała, spakowała wszystkie zeszyty i książki, chwyciła kurtkę i wybiegła z pokoju. Za dziesięć ósma była na holu. W biegu, złapała drugie śniadanie od dziadka i wybiegła z zamku.

- Dwa i pół kilometra w dziesięć minut? Nie ma szans – wydyszała biegnąc dalej – Co to, maraton? Nie dam rady.

Pośpiesznie mijała domy, sklepy. Nim się spostrzegła dobiegła do szkoły. Zatrzymała się przed bramą. Spojrzała na zegarek . Zdążyła. Miała jeszcze dwie minuty. Wczoraj nie zwróciła najmniejszej uwagi na szkołę, miała inne sprawy na głowie. Przyjrzała się budynkowi. I tu przeżyła szok.

- Szkoła w zamku? – zdziwiła się. Musiała przyznać, że robiło to wrażenie. Może budowla nie była tak duża jak zamek McGardnessów, jednak prezentował się wspaniale. Posiadała także cztery boiska. Do siatkówki, koszykówki, piłki ręcznej i nożnej. Cała posiadłość otoczona była zielenią. Różnego rodzaju drzewa, krzewy stanowiły naturalną barierę oddzielającą posiadłość szkoły od reszty miasta.

- Może nie będzie aż tak źle – powiedziała.

Do porządku przywołał ją dzwonek. Wbiegła do szkoły. Korytarze powoli zaczęły pustoszeć. A ona stała i nie wiedziała, gdzie ma iść. Z Kamilem pierwszy raz przyszedł ojciec. Czemu z nią też nie mógł. Miałaby o wiele mniej kłopotów. Na ścianach były różnego rodzaju antyramy, zawierające jakieś wystawki, jedna szczególnie przykuła jej uwagę. Przedstawiała plan zamku. Odszukała na niej gabinet dyrektora.

- Trzecie piętro, drzwi nr 103 – szepnęła do siebie.

Po piętnastu minutach błąkania się po zamku, znalazła odpowiednie drzwi. Zapukała i weszła do środka.

- Witam, o co chodzi? – za biurkiem siedział starszy mężczyzna. Wyglądał na miłego. Jego włosy były białe. Czoło pokrywały liczne zmarszczki.

- Eeee...Dzień dobry. Więc ojciec mnie wczoraj zapisał do tej szkoły i miałam się dziś do pana zgłosić. Przepraszam za spóźnienie nie mogłam znaleźć pana gabinetu – powiedziała na wydechu.

- A więc to ty jesteś tą nową uczennicą? – zapytał z błyskiem w oku.

- Tak.

- To zaszczyt gościć cię w naszych skromnych progach – powiedział podając jej rękę. Dziewczyna nie do końca zrozumiała o co chodzi jednak uścisnęła mu dłoń, co go wyraźnie ucieszyło – No dobrze gdzie by cię tu przydzielić – spojrzał na nią i zaczął przerzucać jakieś papiery – IA...IB przepełniona...IC przepełniona...ID...hm – mruczał pod nosem – Masz do wyboru klasę IA lub ID, którą wybierasz?

Dziewczyna spojrzała zdezorientowana na dyrektora.

- A co za różnica?

- Duża. IA jest sympatyczną klasą, ale straszne z nich urwisy i rozrabiaki. ID to klasa prymusów. Jeśli chcesz osiągnąć wysokie wyniki w nauce polecam ID.

- Jeśli chodzi o naukę, to bez różnicy. Zawsze przychodziła mi łatwo. No, może z wyjątkiem fizyki. Zrozumiem wszystko, ale nie fizykę. Wolałabym więc IA.

- Jesteś tego pewna? Od tego zależy twoja dalsza przyszłość.

- Tak jestem pewna.

- Pamiętaj ja cię ostrzegałem. Czasami są nieznośni. Nauczyciele się na nich skarżą. Na pewno nie chcesz być w ID? Twój ojciec był w klasie D i wyrósł na porządnego człowieka.

- Dziękuję za ostrzeżenia, ale nie zmienię zdania – powiedziała pewnie. Wzmianka o ojcu zdenerwowała ją lekko. Nie chciała iść w jego ślady. Co to, to nie.

- Twoja wola. A teraz chodź. Pora byś poznała swoją klasę – wyszli z gabinetu. Zeszli na drugie piętro. Zatrzymali się przed pracownią języka angielskiego. Mężczyzna zapukał i wszedł do środka, dając do zrozumienia by zaczekała.

- Aurelio mogę cię prosić na chwilkę – przez chwilę w klasie zaległa cisza, jednak gdy tylko nauczycielka wyszła uczniowie zaczęli krzyczeć, rzucać się papierkami i rozmawiać – To jest nowa uczennica. Od dziś jest w twojej klasie. Zaopiekuj się nią – powiedział i odszedł.

- Chodź przedstawię cię klasie – powiedziała. Wprowadziła dziewczynę do klasy. Momentalnie wszyscy ucichli, wpatrując się w nową. Dwóm osobom serca zaczęły szybciej bić – Klasa, to jest... jak się nazywasz?

- Wendy McGardness – odpowiedziała niepewnie.

Jeśli dziewczyna myślała, że nie może być już ciszej, to się myliła. Zdawało się, że nawet wiatr przestał wiać. Ta cisza była, aż namacalna. Blondynki jednak nie obchodziła cisza. Dziwiła ją reakcja, na jej nazwisko. To wszystko było co najmniej dziwne. Ona chyba czegoś nie wiedziała. W końcu nauczycielka otrząsnęła się i kontynuowała.

- A więc Wendy od dziś będzie się z wami uczyć. Mam nadzieję, że będziecie jej pomagać i pomożecie jej się zaaklimatyzować. Chcesz coś powiedzieć?

- Nie – powiedziała nieśmiało. Czuła się niezręcznie. Patrzyło na nią dwadzieścia par oczu. I do tego ta niezręczna cisza. Mogli by chociaż coś mówić. Cokolwiek. Nawet plotkować na jej temat. Ale nie oni siedzą i jak na złość się nie odzywają. Co to, milczenie owiec?

- No więc klasa. Przedstawcie się i powiedźcie kilka słów o sobie. Zacznijmy od końca. O może David.

- A więc nazywam się... – zaczął, ktoś.

Blondynka nie mogła go zobaczyć bo siedział i zasłaniali go inni. Poza tym do najwyższych ona nie należała.

- Na miłość boską David wstań – krzyknęła nauczycielka.

Wendy spojrzała na sufit i starała się nie roześmiać. Jednak marnie jej to wychodziło. Kilka osób parsknęło śmiechem. Z ostatniej ławki wstał niebieskooki blondyn i zaczął od nowa.

- Jak już mówiłem, ale mi przerwano nazywam się David Rande – powiedział dobitnie co wywołało pojedyncze śmiechy – Jak wiadomo mam piętnaście lat. Interesuje się wszystkim co związane w wodą. Moje hobby to...nie Alex ,nie zbieranie znaczków – spojrzał z uśmiechem na kolegę z ławki – A więc jak już mówiłem moje hobby to kolekcjonowanie ciekawych kamieni. Więc jak macie jakieś niezwykłe okazy to wiecie do kogo się zwrócić... Lubię: grać w piłkę nożną... deszcz...lody śmietankowe....Alexa...wagarowanie...- wyliczał.

Doskonale wiedział, że wychowawczyni powoli traci cierpliwość, jednak kontynuował swój wywód dalej.

– niebieski...dziewczyny...szczególnie taką jedną co właśnie stoi przed nami i zapewne czuje się niezręcznie – zainteresowana zaśmiała się perliście na te słowa. Rozluźniło ją to nieco

- ...co ja jeszcze lubię...o Margareth lubię...i jeszcze Dianę...i...

- Dosyć, starczy myślę, że Wendy już wystarczająco cię poznała, teraz Alex.

- Ale pani profesor, ja jeszcze nie skończyłem... – protestował. -

 Bo ci wstawię uwagę – zagroziła otwierając dziennik na ostatniej stronie.

- A czy ja coś mówię – spojrzał na kobietę robiąc przy tym słodkie oczka.

Klasa ryknęła śmiechem, a piętnastolatka z nimi.

- Spokój, no już cisza. Zaraz koniec lekcji a my stoimy w martwym punkcie.

- Kto stoi ten stoi – odezwał się Rande co wywołało kolejną salwę śmiechu.

- Alex zaczynaj, bo mnie szlag trafi – powiedziała nauczycielka starając się opanować.

David usiadł i wstał jego sąsiad – wysoki chłopak o piwnych oczach i ciemno brązowych włosach. Prawdziwy przystojniak. Wyglądał na rozważnego i spokojnego. Panna McGardness miała wrażenie, że gdzieś już go widziała, tylko nie mogła sobie przypomnieć gdzie.

- Alex Morlen do usług. Mieszkam w Darkvill od dziesięciu lat. Mam młodszą siostrę. Moim najlepszym kumplem jest David. Lubię piłkę nożną...długie samotne spacery...muzykę...fantastykę – wyliczałby pewnie jeszcze długo, gdyby nie przerwała mu nauczycielka.

- Dziękujemy, następna osoba.

- Cześć. Nazywam się Diana Skarlet – Wendy przyjrzała się dziewczynie. Była niską, szczupłą brunetką o delikatnych rysach twarzy. Wyglądała na nieco zagubioną, albo nieśmiałą – Interesuje się zjawiskami nadprzyrodzonymi. Lubię obserwować pogodę. Nie lubię chemii i matematyki. To wszystko.

Następnie wstała wysoka, szczupła rudowłosa dziewczyna z białymi pasemkami. Miała na sobie różową bluzkę z napisem Kiss me i czerwone szerokie spodnie. Sam fakt, że ktoś nosi coś różowego, nastawiał pannę McGardness negatywnie do takich ludzi, jednak starała się nie oceniać ludzi po wyglądzie.

- Eee...Jestem Margareth Daniels. Mój ulubiony kolor to różowy i czerwony...zresztą chyba widać. Lubię słuchać głośnej muzyki i oglądać romantyczne komedie – mówiła szybko i bardzo chaotycznie. Albo stresowała się mówić o sobie na forum klasy, albo była ździebko roztrzepana.

Reszta klasy uwinęła się szybko. Nie byli zbytnio wylewni i zazwyczaj tylko przedstawiali swoje imię i nazwisko.

- No dobrze, mam nadzieję, że zapoznałaś się nieco z kolegami. Niestety w klasie będzie nieparzysta liczba uczniów więc będziesz siedzieć sama, mam nadzieję, że to dla ciebie nie problem. Będziesz siedzieć...o przedostatnia ławka pod oknem jest wolna – Wendy już chciała usiąść na swoje miejsce, gdy nauczycielka niespodziewanie się odezwała.

- Może powiesz coś o sobie – dziewczyna zrobiła zrezygnowaną minę, ale wykonała polecenie kobiety.

- Więc nazywam się Wendy McGardness. Przyjechałam do Darkvill kilka dni temu z Los Angeles. Interesuje mnie fantastyka – Alex przysypiający na ławce podniósł głowę i przyjrzał się jej dokładniej – Wcześniej należałam do klubu sportowego. Obecnie trenuje na własną rękę – tu się uśmiechnęła. „Ucieczki przed Kamilem, dobre mi treningi” – pomyślała – Skakałam wzwyż i grałam w piłkę ręczną na pozycji skrzydłowej. Kiedy mam zły humor lubię słuchać ciężkiej muzyki. To chyba wszystko – powiedziała.

Nikt nie wie ile ją kosztowało by się otworzyć przed obcymi jej ludźmi.

- Jak ci się podoba nasze miasto Wendy – drążyła temat nauczycielka. Dziewczyna wzniosła oczy do nieba i uniosła jedną brew, co wywołało śmiech.

- Chyba ma już dość – szepnął David do Alexa.

- Też bym miał dość, na jej miejscu – odpowiedział. Od odpowiedzi uratował ją dzwonek. Uśmiechnęła się pod nosem. Myślała, że najgorsze ma za sobą. Niestety życie jest brutalne.

Wyrocznia (17:00)
6 których uwierzyło, że magia istnieje

09 czerwca 2006
11. Niespodziewana decyzja i nowi znajomi Kamila

Był ranek. Wendy obudziły pierwsze promienie słońca. Otworzyła ciężkie powieki i stwierdziła, że leży na podłodze. Musiała spaść z parapetu jak zasnęła. Podniosła się i klapnęła na łóżko. Przypomniał się jej wczorajszy dzień. Spojrzała martwym spojrzeniem na zdjęcie przedstawiające jej prawdziwą, szczęśliwą rodzinę. Uśmiechnęła się na widok uśmiechniętej matki. Tak bardzo jej teraz brakowało. Ile by dała, żeby była teraz z nią. Zapewne byliby nadal szczęśliwą rodziną. Jednak los chciał inaczej. Ona odeszła i już nie wróci. Stamtąd nie ma powrotu. Spojrzała z pogardą na ojca i odłożyła zdjęcie na półkę.

Przymknęła powieki, jednak nie dała rady ponownie zasnąć. Wstała i powlokła się do łazienki. Od niechcenia spojrzała w gładką powierzchnie lustra.

- A gdyby tak? Nie...nie zrobię tego dziadkowi – przez myśl blondynki przeszła pewna myśl.

Po co żyć? Przecież można sobie skrócić tą ziemską mękę. I tak nikogo nie obchodzi jej los. No może z wyjątkiem dziadka. Przynajmniej takie odniosła wrażenie. Tylko dla niego powstrzymywała się od wcielenia tej myśli w życie. Przejechała dłonią po szklanej tafli. Westchnęła. Wykonała poranną toaletę i wyszła z łazienki. Podeszła do szafy. Otworzyła drzwi na oścież. Nie było w niej przesadnie dużo ubrań jak na nastolatkę. Bielizna, kilka bluz, bluzki i cztery pary spodni. Nic specjalnego. W jej garderobie przeważały ciemne kolory. Nie miała, żadnej sukienki ani spódniczki. Nie lubiła nosić czegoś co ją krępowało, a w tym przypadku tak było. Po co z resztą kupować ubrania, które się zakłada od święta lub w ogóle nie nosi. Lepiej wydać kasę na coś pożytecznego. Wyjęła szerokie spodnie koloru moro, białą bluzę z kapturem i adidasy. Przebrała się. Spojrzała na zegarek. Była za dziesięć dziewiąta. Wstała, przekręciła klucz i wyszła z pokoju.

Kiedy weszła do jadalni wszyscy już byli i obserwowali ją. Ona jednak jakby nigdy nic, usiadła na swoje miejsce i zaczęła konsumować jajecznicę. Podczas jedzenia nikt się nie odzywał. Panowała niezręczna cisza, przerywana jedynie mlaskaniem Kamila, które doprowadzało Mariettę do obłędu.

- Wspólnie z Mileną, postanowiliśmy, że od jutra będziesz chodzić do tutejszej szkoły – powiedział spokojnie Henry, oczekując reakcji córki.

Kamil uśmiechnął się pod nosem, na samą myśl o swoim planie.

Wendy, spojrzała tylko na ojca i nie zważając, na zakazy i nakazy babki, wstała od stołu.

- Dzięki, że to ze mną przedyskutowaliście – powiedziała dobitnie i wyszła. Pamiętając wcześniejsze doświadczenia, wskoczyła do pokoju po kurtkę. Kiedy już opuszczała hol usłyszała za sobą głos dziadka.

- Do kąd idziesz.

- Nacieszyć się ostatnim dniem wolności.

- Rozumiem.

- Za to ja nie rozumiem ich. Zaliczyłam wszystkie przedmioty, otrzymałam świadectwo z wyróżnieniem, a oni mi każą iść do szkoły. Nie tak się umawialiśmy.

- Pewnie mili swoje powody.

- Ja wiem nawet jak się te powody się nazywają.

- Wendy, nie osądzaj ich pochopnie.

- Gdybyś widział naszą wczorajszą rozmowę, to byś zrozumiał – powiedziała z wyrzutem, odwróciła się na pięcie i odeszła. Pan McGardness śledził wzrokiem jeszcze chwilę wnuczkę, po czym wrócił do domu.

Blondynka szła ze spuszczoną głową. Było jej przykro, jak potraktowała dziadka – jedyną osobę której potrafiła zaufać. Nie miała do tego prawa. To nie jego wina, że ją tak traktują. Czuła się podle. Miała wyrzuty sumienia.

Powoli dochodziła na obrzeża miasta. Postanowiła odwiedzić sklep zoologiczny. Musiała przyznać, że intrygował ją ten sokół. A gdyby tak go kupić? Wendy miała swoje oszczędności. A zgoda ojca jej nie obchodziła. Oni nie liczą się z nią, więc po co ona ma ich słuchać. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Wolnym Krokiem przemierzała białe chodniki. Co jakiś czas podnosiła wzrok i rozglądała się czy idzie w dobrym kierunku. Co prawda Darkvill w porównaniu do Los Angeles było skromnym miasteczkiem, jednak łatwo można było się tu zgubić. Mnóstwo uliczek, ścieżek utrudniało orientację. Do tego wszystkie budynki były wybudowane w tym samym stylu. Dziewczyna dziwiła się, że wszystko w tym mieście jest takie uporządkowane i ma swoje miejsce. Nawet drzewa posadzone były w jednakowych odległościach od siebie. „Dziwne miejsce” – myślała piętnastolatka przechodząc przez ulicę – „Może to misto kryje jakąś tajemnice?”. Na samą myśl o jakiejś zagadce oczy jej zabłysły.

Stanęła przed wystawą sklepu zoologicznego. Spojrzała na ptaka. Było, jej go żal. Król przestworzy uwięziony w szklanej klatce. Ludzie nie mieli sumienia. Przecież to zwierzę umierało. Jego życiem jest wolność, nie niewola. Kiedy tylko sokół dostrzegł dziewczynę poderwał się z gałęzi i rozpostarł skrzydła.

I znów to poczuła. Chwyciła się za głowę, gdyż przeszył ją impuls bólu. Zawrót głowy minął po chwili.

- Pomóż mi – usłyszała. Zaskoczona rozejrzała się, gdy jednak nie zauważyła nikogo wokół niej wielkimi oczami spojrzała na ptaka. Serce szybciej jej biło. „Czy to możliwe?” – myślała gorączkowo – „Ale przecież to nie możliwe. Zwierzęta nie rozmawiają. One nie mogą” – powtarzała sobie w myślach.

- Jak mam ci pomóc – zapytała nie pewna czy dobrze robi. Gdyby ktoś zobaczył ją gadającą samą do siebie, uznałby ją za wariatkę. Ptak zatrzepotał skrzydłami i skłonił swoją główkę.

- Uwolnij... – dalej nie usłyszała. Musiała przyznać, że dzisiaj miała pecha. A nawet potrójnego pecha.

- Wiedziałem, że jesteś nienormalna, ale żeby gadać z futrzakiem – odwróciła się gwałtownie. Za nią stał Kamil. A żeby jego jeszcze było mało miał obstawę – dwóch dobrze zbudowanych chłopaków. Jeden miał blond włosy z niebieskimi pasemkami i szarymi oczami, drugi był niemal łysy i miał brązowe oczy.

- Kamilek nie w szkole? – powiedziała ironicznie, cofając się krok do tyłu.

- Tak się składa, że dziś nie mamy dwóch pierwszych lekcji – zaśmiał się obleśnie.

- Od razu przyznaj się, że wagarujecie – prychnęła patrząc na jego kumpli – Co to? Twoje nowe goryle? – uniosła brew do góry.

- Uważaj co mówisz mała – odezwał się łysy, podchodząc do niej.

- Rob spokojnie. Najpierw rozmowa, potem przyjemności – mruknął do chłopaków, tak żeby siostra tego nie zauważyła.

- Rob? Matka cię oszpeciła tak cię nazywając – parsknęła.

- Zamknij mordę! – warknął blondyn.

- W przeciwieństwie do ciebie ja mam twarz, nie mordę!

- Sama się prosisz o lanie.

- A rób co chcesz, jeśli mnie złapiesz – krzyknęła i zaczęła uciekać.

- Nie daruję – krzyknął blondyn z pasemkami.

Sytuacja Wendy nie wyglądała ciekawie. Goniło ją trzech dobrze zbudowanych prześladowców. Z czego dwóch było bardziej wysportowanych od Kamila. Robiło się niebezpiecznie. Napastnicy byli coraz bliżej. A dziewczynie powoli zaczęło brakować oddechu.

- Nie śpieszy się wam do szkoły? – krzyknęła starając się utrzymać stałe tempo.

- Tak się składa, że biegniemy w tym samym kierunku – faktycznie. Jakieś sześćset metrów przed nimi była szkoła.

- No to odprowadzę was chłopcy. Przed szkołą chyba mnie nie zlejecie, nie? – wysapała. Czuła, że długo już takiego tempa nie wytrzyma. Była wytrzymała, ale nie aż tak.

- I tak ci dokopiemy, jak nie dziś to jutro! Okazji będzie wiele.

     Alex siedział na matematyce i bez większego zainteresowania wpatrywał się w krajobraz za oknem. Lekcja go nudziła. W przeciwieństwie do Davida z którym siedział, algebra była dla niego pestką. Rzucił krótkie spojrzenie na tablicę, po czym wrócił do swoich jakże interesujących obserwacji. Niebo pokryte było szarymi deszczowymi chmurami. Zapowiadało się na deszcz. Chyba nigdy nie zrozumie zmienności pogody. Raz jest ciepło i świeci słońce, a w następnej chwili może lunąć deszcz. Westchnął i spojrzał na opustoszałą ulicę. Ale czy na pewno? Niespodziewanie zza rogu wybiegła dziewczyna. Poznał ją. To ta sama, którą widział przed sklepem państwa Allen’ów. Przez chwilę zastanawiał się, co ona tu robi? Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Zza rogu wybiegli Tom, Rob i ten Kamil. Ona uciekała przed nimi. Coś w nim drgnęło. Szturchnął Davida i wskazał na okno.

- Patrz – szepnął tylko. Chłopak zaskoczony spojrzał w okno. Zobaczył biegnącą dziewczynę. Tą dziewczynę. Zapatrzony w blondynkę, dopiero po chwili dostrzegł ścigający ją gang Toma. Musiał przyznać, że prócz urody miała też niezłą kondycję. Swoją drogą musiała nieźle zajść im za skórę. Jeszcze nigdy nie widział by gonili kogoś tak wytrwale. Zazwyczaj zaczepiali i pastwili się nad słabszymi.

Blond włosa piękność robiła wszystko by im umknąć, jednak powoli traciła siły. Nagle ku przerażeniu obydwu chłopców potknęła się i upadła. Chciała wstać i biec dalej, lecz nie zdążyła. Stanęli nad nią. Widzieli jak krzyczą coś. Tom złapał ją za ramiona i potrząsnął nią mocno, uśmiechnął się wrednie. Zbliżył do niej. Widzieli uśmiech satysfakcji na twarzach Kamila i Roba. Tom chciał ją pocałować. Dziewczyna zaczęła się wyrywać i szamotać. W momencie kiedy jej usta miały się złączyć z ustami oprawcy, kopnęła go w piszczel. Chłopak przeklął szpetnie i rozluźnił uścisk. Ta to wykorzystała. Oswobodziła się z jego objęć, wzięła zamach i z całej siły uderzyła go pięścią w nos.

- Wow – tylko tyle zdołali powiedzieć chłopcy. Byli pełni uznania dla nieznajomej. Chyba, jeszcze nikt tak nie przyłożył dla Toma.

Tom złapał się z nos. Krew leciała z niego obficie. Wendy korzystając z chwili nieuwagi prześladowców. Wzięła nogi za pas i zaczęła uciekać.

- Na co czekacie, gonić ją! – krzyknął wściekły chłopak, starając się powstrzymać krwawienie nosa. Po raz pierwszy ktoś go uderzył. A żeby tego było mało, była to dziewczyna i zrobiła to przed szkołą. Kilka osób na pewno to widziało.

- Nie ma sensu, jej ścigać – odezwał się Kamil, widząc znikającą za rogiem siostrę.

- Nie dam jej żyć w tej szkole – warknął Tom zaciskając dłonie w pięści.

- Już ja się o to postaram – Kamil spojrzał chytrze na kumpla – Siostrzyczka będzie, żałowała że z nami zadarła.

- To twoja siostra ?– zdziwił się Rob.

- Niestety, ale nie martwcie się, nie nawiedzimy się. Najchętniej patrzyłbym jak zdycha.

- Da się załatwić – powiedział Tom. Po chwili chłopcy zniknęli za murami szkoły.

Tymczasem Wendy wracała do domu. Była wściekła i zarazem bezradna. Kamil znalazł nowych osiłków. Znów odizoluje ją od rówieśników. Nie chciała być samotna. Miała już dość. Zacisnęła pięści i kopnęła kamień leżący na chodniku. Ludzie dziwnie się na nią patrzyli. Tak jakby z przerażeniem. Po chwili zrozumiała. Przerażały ich jej oczy. Wzięła kilka głębokich oddechów i się uspokoiła. Wiedziała, że nie będzie miała życia w tej szkole. Tym bardziej, że już zdarzyła porządnie zajść pod skórę Kamilowi i temu całemu Tomowi. Będą chcieli się odegrać na niej. Tego była pewna. Jednak postanowiła walczyć. Nie ustąpi tym razem. Będzie bić się o swoje. A Kamil i jego goryle. Ma go gdzieś. Z jednego była zadowolona i dumna. Nie dopięli swego. Nie dała się, a Tom dostał po gębie.

Zaśmiała się na samą myśl o tym. Była Tak pochłonięta myślami o dzisiejszej ucieczce, że całkowicie zapomniała o ptaku. O gadającym ptaku. Wendy wróciła do domu około jedenastej. Dla własnego bezpieczeństwa wolała się nie włóczyć po mieście. Teraz było to zbyt niebezpieczne. Sam Kamil nie był dla niej zbyt dużym zagrożeniem, jednak z kumplami, stawał się niebezpieczny. A szczególnie teraz kiedy tak ich wykiwała, będzie musiała szczególnie uważać. Wpakowała się w niezłe bagno, jednak nie żałowała swojego czynu. Z przyjemnością dałaby w mordę temu chłopakowi jeszcze raz.

Weszła do pokoju. Zdziwiła się widząc tu wszystkie podręczniki, zeszyty i inne szkolne duperele. Podeszła do stołu i kolejno zaczęła przeglądać książki. Wszystkie miały czarne, skórzane okładki ze złotymi napisami. Zdziwiło ją to nieco. W żadnej szkole nie było takich wymysłów. Ciekawe co jeszcze ją zaskoczy? Będzie trzeba pisać piórami? A może nosić mundurki?

Usiadła na parapecie i zaczęła rozglądać się po okolicy. Zainteresował ją las. A gdyby wybrać się tak na mały spacerek? Przecież nikt jej nie zabroni. A w pokoju siedzieć nie chciała. I będzie tam bezpieczna. Przecież Kamil panicznie boi się takich miejsc. Ubrała kurtkę i weszła z pokoju. Kiedy była na holu, zaczepił ją dziadek.

- Gdzie znowu idziesz?

- Na spacerek do lasu – odpowiedziała.

 Mężczyzna spojrzał na nią dziwnie. Nie mogła odczytać wyrazu jego oczu.

- Chodź ze mną. Mam dla ciebie lepsze zajęcie – powiedział nerwowo się uśmiechając.

- Co to za zajęcie – zapytała zbita z tropu.

- Zobaczysz – powiedział tajemniczo. Przez pięć minut szli w milczeniu, przemierzając zimne korytarze. Wendy oglądała się raz po raz by zapamiętać jakiś szczegół. Jednak to wcale nie było takie proste. Zbroje, wazy, gobeliny wiszące na ścianach zdawały się być takie same. W końcu pan McGardness stanął przed wielkimi półokrągłymi drzwiami i uchylił jedno skrzydło, dając jednocześnie do zrozumienia by wnuczka weszła za nim. Tak też zrobiła. Jednak gdy się rozejrzała zamurowało ją. Znajdowała się w bibliotece. Jednak nie sam fakt, że była w bibliotece ją zaskoczył. Ona była ogromna. Większa niż w Los Angeles. Regały stały w rzędzie jeden koło drugiego, uginając się pod ciężarem ksiąg na nim ustawionych.

Spojrzała na dziadka. Ten uśmiechnął się do niej wesoło.

- Na co czekasz do dzieła. Myślę, że znajdziesz tu dużo interesujących rzeczy – ja muszę załatwić kilka spraw. Przyjdę po ciebie i razem pójdziemy na obiad – powiedział i wyszedł.

Przez chwilę stała i nie wiedziała od czego zacząć. Oczy jej błyszczały. Uśmiechnęła się pod nosem i podeszła do pierwszego regału. Przytłaczała ją taka ilość książek. Niektóre wyglądały na bardzo stare i z pewnością powinny być eksponatami w muzeum. Niektóre strony szeleściły złowieszczo, jakby zaraz miały się rozsypać. Wendy wybrała kilka książek położyła je na stole i zaczęła czytać. Tak bardzo ją to wciągnęło, że nie zauważyła, kiedy przyszedł po nią dziadek.

- Wendy, porywam cię na obiad. Zaraz tu wrócimy, jeśli chcesz – dziewczyna aż podskoczyła.

- Przestraszyłeś mnie – powiedziała wstając.

- Zobaczmy co tu masz – rzucił okiem na tytuły kolejnych książek - Tajemnice grobowców faraonów, Legendy duchów, Czy magia istnieje?, Wampiry, Wilkołak – bestia czy człowiek. Nie za dużo tego? – zaśmiał się do wnuczki. Jednak w głębi duszy w cale nie było mu do śmiechu. „Ona jest taka podobna do nich. Ma takie same zainteresowania i czyta ich książki. Trzeba to powstrzymać, dla jej dobra”- powtarzał sobie w myślach. Jednak nie zdawał sobie sprawy, że nie będzie miał wpływu na dalszy rozwój wydarzeń. To wszystko zależało jedynie od niej i od nich.

- Dziadku, stało się coś? – zapytała, widząc nieobecne spojrzenie mężczyzny.

- Nic, nic. Chodźmy już.

Obiad przebiegał bez większych sensacji, nie licząc spóźnienia Kamila za które otrzymał ochrzan od babki. Choć Wendy tego nie okazywała, bawiła się świetnie, patrząc na brata i jego nieudolne wymówki. Mogłaby oglądać to codziennie, przynajmniej byłoby zabawnie. Po skończonym posiłku postanowiła zajść do pokoju po zeszyt, mogłaby znaleźć w bibliotece ciekawe informacje. Poza tym przezorny zawsze ubezpieczony.

 Kiedy wchodziła po schodach na drugie piętro coś ją popchnęło na ścianę. Uderzenie było na tyle mocne, że gdyby nie złapała się poręczy, nieuchronnie spadłaby. Podniosła głowę.

- Coś chcesz braciszku – powiedziała przesłodzonym głosikiem. Doskonale wiedziała jak zdenerwować Kamila – Byłoby miło jakbyś częściej się spóźniał na posiłki. Będzie przynajmniej niezła polewka – zaśmiała się sztucznie.

-Zamknij się suko. Przy kumplach masz się do mnie odnosić z szacunkiem mi należnym – warknął.

Piętnastolatka nie wytrzymała. Zaczęła się histerycznie śmiać.

- I co jeszcze. Czyżbyś czuł się niedoceniany – powiedziała nadal się śmiejąc.

Wstała i chciała odejść lecz poczuła na ramieniu mocny uścisk.

- Masz być mi posłuszna.

- Nie jestem twoją własnością to po pierwsze. Po drugie radzę ci mnie puścić, jeśli nie chcesz bym ci przyłożyła. Widziałeś dziś moje umiejętności. Nie zawaham się ich użyć.

- Obiecuję ci, nie że nikt w szkole się do ciebie nie odezwie. Będą się mnie bać. Uważać cię za dziwoląga – powiedział mrożąc oczy.

 W oczach blondynki zapłonęły błękitno-fioletowe refleksy. Kamil widząc to puścił ją i odsunął się nieznacznie.

- Taki duży chłopiec, a się boi. Wstyd – pogroziła mu palcem.

- Policzymy się w szkole – powiedział zbiegając ze schodów.

- Tchórz – krzyknęła za nim.

Nie odpowiedział chociaż doskonale to usłyszał. Trzasnął drzwiami. Musiał odreagować. Zaczął rzucać wszystkim co miał pod ręką. Traf chciał, że był to m.in. odtwarzacz mp3. Wściekły do granic możliwości klapnął na łóżko. Nie mógł pojąć jak mógł się przestraszyć dwa lata młodszej smarkuli. Może nie tyle jej co jej spojrzenia. Przecież to nie jest normalne, by oczy płonęły, a przynajmniej miał takie wrażenie. Już drugi raz ustąpił.

- Mała wiedźma – krzyknął. Nie wiedział jak blisko był prawdy. Mimo wszystko postanowił pilnować swojej ulubionej siostrzyczki na każdej przerwie i umilać jej życie do granic możliwości. Niech nie zapomina, kto tu rządzi.

Wyrocznia (09:02)
8 których uwierzyło, że magia istnieje

04 czerwca 2006
10. Rozmowa

Od dłuższego czasu Wendy siedziała na drewnianej ławeczce na przystanku. Dopiero teraz poczuła jak jest jej zimno. Cała się wręcz trzęsła. Bez większego zainteresowania rozglądała się po okolicy. Jak zauważyła każdy dom był niemal identyczny. Szary, zazwyczaj dwupiętrowy z ogródkiem. Tak nudnego i monotonnego miejsca jeszcze nie widziała. A myślała, że w Los Angeles jest nudno. Nie dziwiła się ojcu, że nie chciał tu przyjeżdżać. Zero rozrywki.

Deszcz powoli słabł. Pozostawiając w końcu po sobie jedynie kałuże. Tak samo złość dziewczyny mijała, pozostawiając po sobie jedynie żal. Nie mogła uwierzyć, że dostała w twarz od macochy. Jej duma żądała odwetu. Jednak co ona mogła zrobić czterdziestodwuletniej kobiecie, która podaje się za jej opiekunkę. Nic. Mogła za to wpaść w jeszcze większe tarapaty, bo nie ulegało wątpliwości, że za to zostanie ukarana. Pozostało jej przemilczeć całą sprawę i udawać, że nic się nie stało. Jak zwykle.

 Wstała z ławeczki, schowała dłonie w kieszeniach i wolnym krokiem ruszyła w stronę posiadłości McGardnessów. Nie śpieszyła się. Fakt, było zimno. Jednak czy skazaniec biegłby na swój wyrok. Nie. Kiedy tylko piętnastolatka przekroczyła bramę główną ktoś do niej podbiegł i przytulił tak, że ledwo łapała oddech.

- Dziecino, nie rób tego więcej. Nawet nie wiesz jak się o ciebie martwiliśmy. Zniknełaś na cztery godziny. Nie wiedzieliśmy gdzie jesteś...

- Spokojnie dziadku, nic mi nie jest. Byłam na długim spacerze – powiedziała odklejając się od mężczyzny.

W drzwiach ujrzała ojca i babkę. Nie mieli zadowolonych min.

- Dobry mi spacer w takiej ulewie – zaśmiał się.

- Schroniłam się na przystanku.

- Nieważne. Pewnie jesteś głodna. W końcu nie jadłaś obiadu.

- Niespecjalnie.

- Nie marudź. I tak jesteś wystarczająco chuda. Musisz coś zjeść.

- Dziadku... – chciała protestować, ale przerwał jej ojciec.

- Nie dyskutuj. A po obiedzie przyjdź do mojego pokoju. Musimy porozmawiać – powiedział oschle i odszedł.

Marietta spojrzała na niego ostro, po czym poszła za nim.

Przez chwilę Wendy i Alucard stali w milczeniu. W końcu mężczyzna chwycił dziewczynę za dłoń i poprowadził ją korytarzem do kuchni.

- Masz zimne dłoni. Powinnaś bardziej o siebie dbać – spojrzał badawczo na wnuczkę – Uśmiechnij się. Nie do twarzy ci ze smutkiem.

Piętnastolatka obserwująca do tej pory posadzki, podniosła zmęczone spojrzenie na dziadka, jednak nie odpowiedziała. Miała już dość wszystkiego. Kłótni, życia, samotności. A ton ojca zapowiadał, że lepiej nie będzie. Mogło być tylko gorzej.

Kiedy doszli do kuchni, usiadła na krześle. Nic nie mówiła. Nie miała ochoty. Zbierała siły przed nieuchronnie zbliżającą się rozmową. Wiedziała czego może się spodziewać. Znała charakter Mileny za dobrze. Znała jej taktykę. I słabość ojca do niej. Czasami umiał się postawić widząc co jest słuszne, jednak miłość jest ślepa. Tu z tego miejsca, siedząc nad talerzem zupy pomidorowej postanowiła sobie, że będzie walczyć. Walczyć o słuszność swej sprawy. Ktoś musi otworzyć oczy jej ojcu.

- Co cię dręczy, słonko – dziewczyna wyrwana w zadumy upuściła łyżkę, która z głośnym brzdękiem upadła na stół.

- Nic dziadku – powiedziała i spuściła wzrok. Nie wiedziała, czy powiedzieć o wszystkim osobie siedzącej przed nią. Nigdy się jeszcze przed kimś nie otwierała. Wszystkie sekrety były ukryte głęboko w jej sercu. Nie wiedziała czy jest gotowa na wyznania. Mężczyznę, który rzekomo był jej dziadkiem znała zaledwie od kilku dni. Nie znała go. Co prawda jakiś instynkt podpowiadał jej, że jest on dobrym, uczciwym człowiekiem, ale jakaś jej część nie była na to gotowa.

- Widzę, że coś cię martwi – powiedział poważnie – Ale jeśli nie chce to nie mów – chciał wstać, jednak poczuł za swej dłoni, chłodną dłoń wnuczki.

- Chcę – spojrzała na niego.

- Do niczego cię słonko nie zmuszam. Po prostu martwię się o ciebie. Pierwszy raz widzę cię smutną – usiadł z powrotem na krześle.

- I zapewne nie ostatni raz – szepnęła.

- Co cię trapi?

- Życie dziadku, życie – przez chwilę siedzieli w milczeniu, jednak Wendy w końcu się przełamała. Mówiła powoli i starała się dobierać odpowiednie słowa - Kiedyś ojciec był inny. Ale od kąd ona pojawiła się w naszym życiu zmienił się. Czasami wydaje się być normalny, ale tylko wtedy gdy nie ma jej w pobliżu. Ona nim rządzi. Wiem co mnie czeka na tej rozmowie. Znam to za dobrze. Znów bezpodstawne oskarżenia i wyrzuty. Ale widać taki mój los – dziadek odjął ją ramieniem i przytulił do siebie.

- Będzie dobrze. Zobaczysz – starał się ją pocieszać, jednak na wiele to się nie zdało.

- Jeśli nie usłyszysz naszych krzyków, to to będzie cud – uśmiechnęła się blado – Dobrze dziadku, ja już idę. I tak to mnie nie minie.

- Przecież nic nie zjadłaś – mężczyzna wskazał na nietkniętą zupę.

- Nie jestem głodna – powiedziała i mimo protestów dziadka wyszła.

Stanęła przed drzwiami do pokoju ojca. Przez chwilę się wahała, jednak uznała, że nie ma sensu dłużej tego przeciągać. Zapukała i weszła do środka. Ojciec na nią już czekał, i co gorsza Milena też.

- Siadaj – powiedział wskazując na krzesło obok małżonki.

- Postoję – powiedziała i spojrzała z odrazą na macochę.

- Powiedziałem siadaj!

- A ja mówię, że postoję! – upierała się przy swoim. Wiedziała, że to będzie długa i nieprzyjemna rozmowa.

- Więc se stój. A teraz przejdźmy do tematu. Miałem nadzieję, że kiedy tu przyjedziemy zaprzestaniecie swojej wojny i zaczniecie zachowywać się normalnie. Myliłem się. Z dnia na dzień jesteście coraz bardziej nieznośne. Chcę, a raczej żądam od was byście się pogodziły. Jesteśmy rodziną. A w rodzinie takie rzeczy są niedopuszczalne – mówił podniesionym głosem. Chodził po pokoju w tą i z powrotem, obserwując przy tym żonę i córkę, w obawie że rzucą się na siebie.

- Nie moja wina Henryku, że ona mnie na każdym kroku obraża – powiedziała z wyrzutem Milena wskazując swoim cienkim palcem w piętnastolatkę.

- Ja obrażam, tak? – odezwała się w miarę spokojnie.

- A kto dziś rano nazwał mnie wywłoką i popchnął na ścianę?

- Co? Kobieto lecz się!

- Sama się lecz smarkulo! Nie dosyć, że się na mnie pastwisz, to jeszcze mieszasz w to Kamilka.

- Ty na serio jesteś nienormalna. Co ty gadasz?

- Prawdę!

- Uspokójcie się! – krzyknął pan McGardness – Spokój mówię – lecz żadna go nie słuchała.

- Jeśli twoją prawdą jest łgarstwo to daleko na tym nie zajedziesz!

- Jak śmiesz, mnie o to posądzać, ja nigdy nie kłamie!

- Tak, kłamstwo jest u ciebie na porządku dziennym, więc już nie odróżniasz prawdy od fałszu!

- Ty mała gówniaro! – krzyknęło wściekła kobieta, zerwała się z łóżka i już miała uderzyć dziewczynę, gdy Henry złapał jej rękę i ścisnął mocno.

- Siadaj – krzyknął głośno. Milena się przestraszyła i wykonała rozkaz męża. Łzy zalśniły w jej oczach. - A ty mnie słuchaj! – staną przed dyszącą z wściekłości córką – Masz ustąpić. Od dziś masz traktować Milenę jak matkę z należytym jej szacunkiem. I koniec z obrażaniem i wojną na słowa. Rozumiemy się?

- No tak, dziękuję za zaufanie. Zawsze Milenka ma rację. Wszystko co ona powie jest święte. Nie pomyślałeś, że kłamie. Nie pomyślałeś, że to może ja mówię prawdę. Zresztą. Po co ja to mówię. Przecież ty poza nią świata nie widzisz. W ogień byś za nią skoczył, a mnie dobił. Widzę, że jej starania nie idą na marne. Pewnie niedługo mnie oddacie do sierocińca, przynajmniej będzie spokój...

Henry nie wytrzymał. Wendy spojrzała z niedowierzaniem na ojca. Złapała się za piekący policzek. Pierwszy raz w życiu uderzył ją. Oczy jej się zaszkliły, lecz nie uroniła ani łzy.

- Nigdy więcej tak nie mów – wydyszał wściekły McGardness.

- Dlaczego, przecież to prawda. Traktowana jestem w tej rodzinie gorzej niż zwierzę. Przed chwilą udowodniłeś mi to po raz kolejny. Nie mam prawa głosu. Nikt się ze mną nie liczy. Cokolwiek bym zrobiła będzie zawsze źle. Ile razy Kamil mi dokucza, zawsze jest bezkarny! Nie zastanawiałeś się czemu nie mam przyjaciół? Ciągła zmiana zamieszkania nie ma z tym nic wspólnego – krzyknęła drżącym głosem.

- Uspokój się – powiedział łagodniej, jakby dopiero dotarło do niego co przed chwilą zrobił.

- Nie uspokoję się. Mam już dość takiego życia. Ale, przepraszam po co ja się tłumaczę, przecież i tak Milenka cię udobrucha i znów to ja będę tą złą – krzyknęła i wybiegła z pokoju.

Potykając się wbiegła po schodach, w ułamku sekundy przebyła korytarz i wbiegła do swojej komnaty. Przekręciła klucz i rzuciła się na łóżko. Nie płakała, chociaż bardzo chciała. Czuła się taka bezsilna. Nic nie mogła zrobić. A do tego wszystkiego ojciec ją uderzył. Wstała z łóżka i weszła do łazienki. Podeszła do lustra. Prawy policzek miała zaczerwieniony. Przejechała dłonią po nim.

- No to jutro będę miała piękną fioletową pamiątkę – szepnęła. Musiała przyznać, że uderzenie nie należało do lekkich. Jednak bardziej od piekącego policzka, bolała ją duma. Spojrzała na swoje zaczerwienione oczy. W jej błękitno-fioletowych igrały płomienie. Dziwne, że ojciec i Milena tego nie zauważyli. Wendy wyszła z łazienki i usiadła na parapecie. Głowę oparła o szybę. Czuła niewyobrażalny żal, do ojca o jego zachowanie. Jej serce krwawiło. Przyroda wydawała się czuć jej nastrój. Pierwsze krople deszczu powoli spływały po gładkiej szybie. Przymknęła powieki i zasnęła. Chciała znaleźć we śnie ukojenie. Nie obchodziło jej to, że ktoś w tej chwili dobijał się do drzwi, ani to że nie będzie jej na kolacji i złamie jeden z nakazów babki. Chciała tylko zapomnienia.

wysnuffac : :

Archiwum

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
303112345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930123

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

b4 | dadziu7 | my-blue-cafe | smash | mania-1 | Mailing